RSS

Archiwum kategorii: Felieton

Protonowy Zeus na szpilkach…

Ten artykuł ma być pewną odpowiedzią na felieton Jego Ekscelencji Kryspina von Lichtensteina pt. „Czym się różni Zeus od protonu?” z dnia 23 lipca 2011r., który zawiera w sobie interesujące fakty postrzegania świata przez człowieka i towarzyszącej mu wiary w „coś”, niezbadane „coś”.

Każdy przecież wie, że każdy z nas jest inny pod względem charakteru, czy percepcji otaczającego świata. Każdy z nas ma inne doświadczenia życiowe, problemy, marzenia, czy gusta. Ale czy religia katolicka czy jakakolwiek inna może być inaczej postrzegana ze względu na obecność jakiejś nadprzyrodzonej i nienamacalnej istoty? Oczywiście, że może, ale czy to jest wówczas zgodne z kanonami kościoła katolickiego czy też innego kościoła?

Każda religia na tym świecie jest w pewnym stopniu zakłamana, jedne są bardziej oparte na historii i tradycjach wykreowanych przez ludzi, a niektóre na opowieściach ludzi, czy też ich wymysłach, przemyśleniach, listach, sprawozdaniach etc. Według mnie, każdy z nas jest w stanie wymyślić religię i tego „kogoś” lub to „coś” w co się będzie wierzyć i oddawać mu cześć, aby ukoić swoją poharataną duszę. Aby w coś uwierzyć, to zazwyczaj ludzie potrzebują zwykłej konfirmacji osób trzecich, że coś miało, ma lub będzie miało miejsce lub czy coś było, jest lub będzie. Problemem dużym jest to, że człowiek sobie sam nie ufa i nie do końca wierzy w to, co wierzy lub zarzeka się, że wierzy, bo chce wierzyć lub ktoś mu karze wierzyć albo taka jest tradycja np. w państwie czy w rodzinie, że trzeba wierzyć w „coś”, ale nie trzeba zrozumieć bytu tego czegoś w co chce się wierzyć. Trochę to kuriozalnie brzmi, ale człowieczeństwo zawsze było dziwne i miało skłonności do osiągania tego „złotego środka” w różnych dziedzinach życia, ale praktycznie zawsze było dalsze niżeli bliższe tego „złotego celu”.

Dobrze znanym algorytmem, choć powoli staje się już heurystyką, w każdym społeczeństwie jest efekt „owczego pędu” (z ang. herd mentality), który mówi, że człowiek pobiegnie tam, gdzie tłum go zaprowadzi. Człowiek będący pod presją sporej rzeszy ludzi zaczyna mówić tak jak oni, myśleć tak jak oni i zachowywać się tak jak oni. Ludzie nieugruntowani jeszcze w swoim własnym opinio dawstwie, zaczynają akomodować i żyć tak jak społeczeństwo każe nie licząc się ze swymi indywidualnymi potrzebami, wierzeniami czy spostrzeżeniami. Obecne kościoły na tym świecie stały się machinami ogłupiającymi społeczeństwo, nakładającymi klapki na oczy. Kościoły okłamują bezwzględnie społeczeństwo na zwyczajnym powtarzaniu potencjalnie nieugruntowanej prawdy o Bogu, który może jest, a może go nie ma. Agnostycy, a zarazem Ateiści wcale nie wykluczają w całości istnienia tego nadzwyczajnego monstrum zwanego Bogiem, lecz bezwzględnie kwestionują zawiłe herezje głoszone przez Kościół, czy sam Watykan, który jest skarbnicą rozdartego świata na duchowy i ten realny(namacalny).

Może teraz to, co napiszę wyda się podważalne przez większość społeczeństwa, lecz nie było by możliwe wierzenie w nic, gdyby człowiek nie miał tej swojej wyobraźni, która pozwala mu w coś wierzyć. Ateiście, czy agnostykowi nie trzeba dać niezbitego dowodu na istnienie czegoś np. zdjęcia dziecka sąsiadki, która prawdopodobnie te dziecko posiada, aby uwierzył. Agnostyk, czy ateista będzie przypuszczał, czy ono de facto istnieje na jawie, czy jest zwykłym wymysłem innej sąsiadki, która rozsiewa plotę po całym blokowisku. Nie wyobrażam sobie, aby ateista czy agnostyk nie brał pod uwagę dwóch stron medalu zaistniałego zjawiska. Podobnie jest z podejściem ateistów czy agnostyków do wierzenia w Boga. Zakładają najpierw, że on faktycznie istnieje, poszukując dowodów na jego istnienie, gdy ich szukanie okazuje się daremne i bezowocne zaczynają kreować teorie niebytu owego monstrum. Natomiast, katolicy próbują stwarzać religię w odwrotny sposób do ateistów, czy agnostyków tj. zakładają najpierw, że Boga w rzeczywistości nie ma i oczekują jego przyjście (przyjście Mesjasza), a następnie próbują usilnie udowadniać, że on jednak istnieje tworząc teorię bytu tegoż monstrum zwanego Bogiem. Teizm i Ateizm są ideologiami sposobu poznania świata nadprzyrodzonego z przeciwstawnymi metodami kognitywnymi, lecz dla wielu ludzi ateizm stał się czymś złym i nieakceptowanym. Kościół przede wszystkim zaczął stwarzać podział na dobro i zło, a ludzie o pewnej niewiedzy przyporządkowali Teizm i Ateizm do wzoru wykreowanego przez Kościół, gdzie Teizm jest czymś dobry, a Ateizm jest czymś złym. Kościół katolicki odwiecznie toczył i nadal toczy walkę z innowiercami, ateistami czy innymi, którzy są na „nie” naukom głoszonym przez Kościół stosując różne metody. Począwszy od starożytności, przez średniowiecze, gdzie zabijano innowierców w najróżniejszy sposób właśnie przez kościół czy organizacje mu przypisane. Wiara w Boga nie oznacza nic złego, lecz wiara w organ, który tego Boga propaguje i próbuje poprzez niego zarobić i ugrać pewne sprawy w kraju nie powinno być w żaden sposób tolerowane przez społeczeństwo wierzące w tego Boga, choć jak wiemy, z tym bywa różnie.

Zatem nieprawdą jest to, że ateista będący lub niebędący agnostykiem nie wierzy w nic, bo to jest niemożliwe, a ten kto mówi, że ateista nie wierzy w nic jest zwyczajnym głupcem. Człowiek musi w coś wierzyć, aby przeżyć. Odwieczne prawdy czy naciągane prawdy powtarzana przez kościoły tego świata muszą być bezmyślnie przeprowadzone przez aparat myślowy człowieka, aby dogłębnie można byłoby w to uwierzyć. Dogłębnością wierzenia nazywamy przecież dewocją, która jest tak powszechnie lubiana przez kościoły świata i oznacza bezgraniczne podporządkowanie się Bogu i naukom, które są głoszone w Jego imieniu przez kościoły.

Wielu ekonomistów stwierdza nawet, że wykreowanie własnej wiary, własnego Kościoła to dobra metoda na biznes, który może przynieść horrendalne zyski na zwykłej naiwności i bezmyślności ludzkiej. Rzadko kto, zastanawia się nad tym, co mówi, co myśli i w jaki sposób myśli, a machin naprowadzających na właściwe myślenie człowieka jest mnóstwo w kraju, w tym kościoły. To jest globalna konkurencja przeszyta chciwością i indywidualnością, lecz owe terminy nie uchodzą za sprzedajne, więc nie są rozgłaszane. W sumie, to kto lubi bankrutować?

Autor JKM Markus I Vilander

Reklamy
 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 24 lipca 2011 w Felieton

 

Puzzle mikronacyjne

Po ułożeniu puzzli wychodzi nam zawsze jeden obraz pokazany na pudełku danej układanki. Każdy element puzzli ma inny kształt, ma inne wycięcia, inne miejsce przyłączenia oraz inny obrazek zwierzchni. Gdybyśmy tak porównali puzzle składające się z 300 elementów do obecnego wirtualnego państwa, to znajdziemy tam pewne podobieństwa.

Obecne myślenie o mikronacji jest dość przyciemnione przez sławę, czy posiadania niewyobrażalnej liczby traktatów międzynarodowych, które są tylko podkreśleniem jak bardzo dana mikronacja potrafi rozmawiać dyplomatycznie i pewnym wyobrażeniem o swej własnej potędze i wewnętrznie skrywanej dumie. Niektóre mikronacje podjęły sobie nawet współczynnik liczby posiadania podpisanych traktatów do określenia powagi kraju. Ponadto, niektóre kraje uważają, iż ignorancja czy zamykanie się na cały świat świadczy o słabości czy braku prestiżu danego kraju, co wydawałoby się logicznym stwierdzeniem, gdyby nie świadome unikanie takich czynników jak klimat, zgranie społeczeństwa, dostępność władz kraju (przewodnika i motoru napędowego kraju), rozwój społeczno-gospodarczy, rozwój systemu prawnego, rozwój systemu oświaty, rozwój kulturalno-sportowy, oraz ogólna psychologia zachowań panujących w kraju.

Czym jest w końcu tolerancja międzynarodowa obcych nacji? Zauważyli Państwo, na co kraje mikroświata patrzą przy nawiązywaniu traktatów? Obecne nacje zaczynają postępować według dziwnego mechanizmu podpisywania nowych traktatów z serii „Co ludzie powiedzą?”. Czyżby ludzie preferowali wiejską percepcje postrzegania mikroświata? Wychodzi na to, że obecne mikronacje nie starają się dostrzegać esencji danej mikronacji w kryteriach takich jak: własna kultura, unikatowość, rozwój gospodarczy danego kraju, ogólna atmosfera panująca w kraju, własna historia kraju itd., lecz w najważniejszej kategorii „Co ludzie powiedzą, kiedy ten traktat podpiszemy?”, „Czy się odwrócą od nas, kiedy podpiszemy z nimi traktat?”. Jeżeli kraj będący w sferze zainteresowania przez kraj ubiegający się o uznanie tego kraju obawia się tego, że dotychczasowi sojusznicy będą zrywać traktaty z powodu zawarcia traktatu z tym krajem ubiegającym się o uznanie, to świadczy to o tym, że w mikroświecie panują dwa obozy: kółko wzajemnej adoracji i kółko wzajemnej niechęci. Skoro narzeka się na poziom obecnego mikroświata i w taki sposób będzie się postępować dalej, to prędzej czy później idea mikronacjonalizmu upadnie, choć zaczynam już teraz zauważać tenże upadek. Duma i poczucie świetności przesłania mikronacjonalistom najwyraźniej rozsądne myślenie…

Król Wurstlandii jest uznawany za mikronacyjnego psotnika, niewychowanego dyplomatołka, któremu próbuje się zamykać usta, bo zbyt mocno i dosadnie operuje krytyką wymierzoną bezpośrednio w obecny mikroświat. Znany jest z wytykania niekonsekwencji w działaniach mikronacjonalistów, czy dwulicowości i obłudy, które są dość popularne od pewnego czasu w mikronacjach. W niektórych państwach już przyjęła się tradycja, że osoba, która niezbyt przychylnie zwraca się do władz danego kraju to Markus I Vilander. Pochopne osądzanie stało się kolejnym ważnym elementem, który rządzi tym mikroświatem. To właśnie on stwarza mikroświat gnuśnym i zarozumiałym samym w sobie. Mówi się tyle, a raczej mówiło o współpracy gospodarczej, kulturalnej czy wojskowej, ale nic się nie mówi o zarozumiałym, dwulicowym i obłudnym podejściu mikronacji do tych spraw. Każdy chce rządzić tym systemem, każdy chce być najlepszy, a nikomu nie zależy na przepływie surowców, żywności, tkanin, ceramiki, dóbr kulturalnych itd. pomiędzy krajami mikroświata, czyli na wspólnym handlu międzynarodowym. Nikłe jest już zainteresowanie imprezami kulturalnymi przez mikronacje. Dlaczego ma być inaczej, skoro niektóre mikronacje uważające siebie za najlepsze i przepełnione idealnością, a ich kultura jest znana wszystkim, bo one istnieją na rynku mikronacyjnym od jego początków. Szczycenie i pysznienie się swą sławą nie pozwala mikronacjom na wystąpienie w różnych imprezach kulturalnych organizowanych przez kraj, który nie jest ich godzien pod względem ilości mieszkańców czy bogatej historii. Nadmierne wytykanie państw nieradzących sobie w trudnych chwilach doprowadzi do ogólnej agresji pomiędzy państwami nieradzącymi sobie i tymi radzącymi sobie wyśmienicie (potencjalnie sobie radzącymi). Agresorzy i prowokatorzy ewidentnie chcą tej agresji, a potem na łamach gazet wypisują, że należy walczyć z agresją. Przecież to brzmi jak słodkie i obłudnie kłamstwo. Tu należy wymienić takie kraje jak Królestwo Sclavinii i Królestwo Trizondalu, które tę metodę szeroko stosują. Kraj na kłamstwach budowany jest uznawany jako Tygrys gospodarczy, co jest niebywałe , ale z drugiej strony będzie uznawany jako Rynsztok Kulturalny, co wydaję się odpowiadać reszcie v-świata.

Pół mikroświata z chęcią by usunęło Markusa Vilandera, aby nie przeszkadzał szerzyć nieprawdy, sztucznej pyszności oraz celowej dwulicowości skrywanej pod terminem dyplomacji. Zerowość konkretów w prowadzonych rozmowach w OPM czy pomiędzy mikronacjami doprowadzi ten mikroświat do błahych, zaczepnych i nic nie wnoszących rozmów o niczym. Mikroświat cierpi na dysfunkcjonalność celu mikronacji. Do czego dążą mikronacje? Do osiągnięcia najwyższego wskaźnika mieszkańców w danym kraju? Do przejęcia jak największej ilości ziem na mapie mikroświata? Do ciągłego bycia w świetle fleszy?…No właśnie, do czego mikronacje dążą? – oto jest pytanie, które jest nieco okryte egoizmem. Każda mikronacja ma jakiś tam cel, do którego dąży po trupach lub w sposób cywilizowany, lecz nie zawsze zważając na inne mikronacje, które dążą do tego, aby były równo traktowane przez te największe mocarstwa mikronacyjne z bogatą i zawiłą historią. Czy owy szacunek istnieje w mikroświecie? Jest on oczywiście wątpliwą sprawą, bo każda mikronacja interpretuje go różnie, co powoduje czasem sporą konfliktowość. Terminy yoyonacja, czy pelnanderacja są powszechnie używane w mikroświecie, ale niektórzy mikronacjonaliści używają ich tylko dlatego, że ktoś tych terminów użył ich, aby określić jednodniowe, czy tygodniowe kraje młodych mikronacjonalistów. Teraz te terminy są nagminnie używane dla krajów, w których nic się nie dzieje lub ich poziom esencjonalny nie jest zadowalający dla obserwatorów danej mikronacji. Egocentryzm i w pewnym rodzaju szowinizm przyćmił racjonalne myślenie tym, którzy sięgają po takie użycie tych terminów i wymierzanie ich w jakąkolwiek mikronację, która ma szansę zaistnieć.

Tak się zastanawiam, czy obecny mikroświat ma szansę się zmienić, skoro ocena danego kraju jest wymierzana przez pryzmat wydanej opinii przez te największe molochy mikronacyjne. Kraje nie kierują się rozsądkiem, tylko bojaźnią przed nowymi mikronacjami. Ci starsi, Ci więksi Ci bardziej rozwinięci nie chcą dopuszczać do siebie tych młodszych, mniejszych i mniej rozwiniętych, bo boją się, że Ci mniejsi ich wykorzystają i wstaną na nogi ich kosztem. Takie myślenie doprowadza ten mikroświat do mikroświatowego znienawidzenia i kopania pod sobą dołków, ale czym to jest wobec sławy i świetności, która jest podziwiana przez cały świat. Małostkowość moralna polskiego mikroświata jest ohydnie mdląca i odpychająca.

Jeżeli złożymy te wszystkie małe problemy niezauważalne przez te największe potęgi mikronacyjne i te nowe, które dopiero się uczą, jak to być mikronacjonalistą i jak należy rozmawiać z mikronacjonalistami, aby nie zostać rozszarpanym i pożartym, to wyjdzie nam straszliwy, ociekający snobizmem, egoizmem, ostracyzmem, fałszem i nienawiścią Polski Mikroświat. Czy tego właśnie chcemy?

Autor: JKM Markus I Vilander

 
7 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 14 lipca 2011 w Felieton

 

Prawo Kalego wg Guedesa de Limy

Jak Kali ukraść krowę, to dobrze; ale jak Kalemu ukraść krowę, to źle.

Prawo Kalego, przytoczone powyżej, znane z lektury szkolnej, najwyraźniej stało się mottem życiowym Guedesa de Limy, jaśnie oświeconego pana, zasłużonego i potężnego mieszkańca Królestwa Sclavinii. Dowody można znaleźć w Przeglądzie Politycznym, gdzie pojawił się artykuł pt. „Grillgerat Zeitung: Sclavinia nie jest dobrym autorytetem!”, który jest odpowiedzią na mój ostatni artykuł w Grillgerat Zeitung pt. „Dysputa z Królestwem Sclavinii”.

Swoją drogą to ciekawe, że tak wielki i zasłużony mieszkaniec zniża się do tego, aby odpisać tak marnej gazecie jak Grillgerat Zeitung, mało tego, poświęca najdłuższy artykuł w danym numerze. Ale nie o tym, wróćmy do konkretów.

Hipokryzja nr 1

   

Jak widać na załączonym obrazku Królestwo Wurstlandii wg Guedesa de Limy stosuje propagandę. Jak ono w ogóle śmie. Natomiast chwile wcześniej Guedes de Lima chwali się swoimi niesamowitymi osiągnięciami z swojej mikronacyjnej przeszłości. Lepper też był aktywnym politykiem i to świadczy o jego wielkości? Co ma jedno wspólnego z drugim? Idąc tym tokiem myślenia wszyscy ludzie doświadczeni z życia, powinni być na poziomie, a młodzi wręcz przeciwnie. No i mamy – z jednej strony Władysław Bartoszewski, a z drugiej dajmy na to mój ulubieniec z programu Młodzież Kontra, Marcin Chmielowski, czyli z jednej strony stary prostak oraz z drugiej inteligentny młody człowiek. Pierwszy dowód na to, że Guedes de Lima może a inni nie mogą stosować chwytów marketingowych/propagandowych.

Guedes de Lima uparcie twierdzi, że jest człowiekiem na poziomie, żąda szacunku jednocześnie nazywając Królestwo Wurstlandii pogardliwie kiełbaskowem, wysyła plakaty z przekreśloną kiełbasą, twierdząc że to tylko opinia, stosuje język agresji itd. Czy tak zachowuje się 23-letni człowiek na poziomie?

Hipokryzja nr 2

Oczywiście to o Królestwie Sclavinii. Boki zrywać ze śmiechu. Królestwo Wurstlandii prowadzi politykę izolacjonizmu! Królestwo Sclavinii po prostu przyjaźni się tylko ze swoimi! Królestwo Wurstlandii odcina się od v-świata, Królestwo Sclavinii po prostu nie ufa obcym.

Dla mnie sytuacja wygląda bardzo prosto. Kółko wzajemnej masturbacji w przypadku Królestwa Sclavinii jest po prostu obszerniejsze od tego wurstlandzkiego.

Sprostowanie

Faktycznie wypowiedź zabrzmiała niefortunnie, więc prostuję „co autor miał na myśli”. W biegu na 100 metrów ściga się żółw i Usain Bolt. Żółwiowi dano jednak fory i postawiono 10 metrów przed metą. Żółw będzie miał przewagę długo, bo całe 90 metrów, ale jest skazany na wyprzedzenie prędzej czy później.

Dziękujemy również za rady dotyczące stylu prowadzenia gazety, ale obawiam się, że nie skorzystamy.

 
13 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 1 lipca 2011 w Felieton

 

Ciut o pseudo propagandzie „weerlandowskiej” czyli wojenka oczami Wurstlandczyka.

Konflikt Weerland vs KW zaczął się pogodnej nocy majowej, dokładnie 18tej tegoż miesiąca. Niczym perski posłaniec przychodzący do Króla Sparty, Weerland -posłaniec „Wielkiego Woza”- przyszedł z iście dyplomatycznymi postulatami:

Do ataku!
Wyzwolić lud!
Arystokratki na kochanki dla króla i jego kumpli!
Arystokraci na niewolników do KGR-ów!

cytat z http://krytykwurststadzki.wordpress.com/2011/05/18/real-a-virtual-czy-warto-to-laczyc/#comments

Co w wolnym tłumaczeniu nadawcy oznaczało początek próby nakłonienia Jego Królewskiej Mości Króla Markusa Vilandera do zmiany ustroju kraju na sprawniejszy. Po kilku żądaniach przypominających powyższą odezwę, posłaniec „Wielkiego Woza” skończył w tej samej studni co Persowie (jedna z początkowych scen „300”).

Po powrocie do kraju, „Wielki Wóz” rozpoczął kampanię zbrojeniową przeciwko KW. Wynikiem tego było samozniszczenie się, prawdopodobnie nastąpił samozapłon jądrówek. Żeby nie wyjść na idiotę który zamiast escape wcisnął enter i skasował swoje państwo winę zrzucono na Wurstlandię co można przeczytać pod http://www.zskhiw.pun.pl/forums.php.

Z podkulonym ogonem „Wielki Wóz” pobiegł do kraju który jest bliskim sąsiadem Wurstlandii (oba państwa na mapie O’Rhady dzieli około 50km co jest zakłamaną odległością gdyż sama Wurstlandia według skali powinna być 3 razy większa i nie mieć w obrębie wód terytorialnych żadnego lądu poza własnym). Kraj wzorowany na realną Kubę, z którym Wurstlandia nigdy nie miała pozytywnych czy to negatywnych kontaktów, od razu przyjął postulaty „Wielkiego Woza” jakoby to w Wurstlandii zapanował reżim który trzeba bezzwłocznie zwalczyć. No cóż widocznie trafił swój na swego.

Niedługo po przekazaniu władzy nad kubańskim wojskiem „Wielkiemu Wozowi” rozpoczęła się wojna w wyobraźni. Opisujemy wszystko z punktu widzenia mieszkańca Wurstlandii tak więc nie będziemy tu przytaczać herezji o klonach i głębiej zagłębiać się w psychikę „Woza”. Namacalną rzeczą zaś było pojawienie się Józefa Zakrzewskiego. Postać ta okazała się po fakcie szpiegiem „Wielkiego Woza”. Zakrzewski przejawiał spryt niczym Porucznik Borewicz i James Bond w jednej osobie, dając kryptonim 0 700 7… . W 15 minut po pojawieniu się Agenta Jego „Wozowskiej” Mości , do Wurstlandii przybył Administrator PhpBB, domagając się hasła do serwera KW. Śpiesząc czym prędzej z przekazaniem tajemnicy szyfru, zauważono że AdminPhpBB miał złudnie przypominający mail do Zakrzewskiego (e-maila nie facjaty). Działalność szpiega skończyła się szybciej niż zdążono wypowiedzieć „Chwałaa Wielkiemuu Wozoo…”. Chcąc być Zakrzewskim i Adminem w jednej osobie, szpieg zakończył swój żywot w dwóch osobach (został przepiłowany żywcem). Chodź utrzymywano w gazecie „Weerlandowskiej”, że (Wurstlandczycy) zabili go (Zakrzewskiego) ale uciekł, już nigdy nie usłyszano o jego chwalebnych czynach.

Tyle z namacalnych faktów konfliktu Weerland vs KW. Nie dawno w zrekonstruowanej Weerlandii wydano najwyższy dokument o znaczącym tytule: „TRZECIA KONSTYTUCJA ZJEDNOCZONEGO SOCJALISTYCZNEGO KRÓLESTWA HIRSHBERGII I WEERLANDU WYDANA PO ZNISZCZENIU POPRZEDNIEJ PRZEZ FASZYSTOWSKI REŻYM VILANDERÓW” z nieskończoną liczbą artykułów typu „VI.Krawaty to zło zakazane śmiercią”, jednak pozostawimy bajeczny temat „niebezpiecznych krawatów” na inną okazję.

W niektórych fragmentach utożsamiono postać Weerlanda z „Wielkim Wozem”, gdyż granica ta jest raczej niewielka i dokładnie nie wiadomo kim do cholery jest ten dzieciak.

(-)Gościnnie:
Geodeta

 
8 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 24 czerwca 2011 w Felieton