RSS

Cycowe opowieści – część II

03 Sty

Kolejna część Cycowych opowieści autorstwa Waldemara Vilandera.

Wojna z Weedmorczykami. Pół roku bitwy, siedem lat rozłąki.
Część II

Po długich obradach, które skończyły się późno w nocy, zarządziliśmy ciszę nocną i cały obóz położył się spać. Zaciągnęliśmy wartę, która trwała mniej-więcej po pół godziny. Aby nie być zaskoczonym, pilnowało po 10 wojów, na każdej z 4 stron świata. Ja razem z moimi kompanami, von Boczkiewiczem i von Paździochowskim byliśmy w pierwszej warcie, na zachodniej części obozu, czyli tej najbliżej Weedmoru. Od tego miasta dzieliło nas ok. 50 mil lasów i pól uprawnych. Wysłałem także 20 szpiegów, szło ich po 2 a rozmieszczeni byli co 5 mil. Mieli sobie przekazywać wiadomości jeden drugiemu, aż jeden z tych którzy byli najbliżej obozu, meldować nam wszystko, co zauważyli jego kompani. Noc była ciepła, a księżyc był w pełni. Nie potrzebowaliśmy pochodni, ponieważ blask księżyca rozświetlał wszystko tak dobrze. Kiedy przyszła kolej na zmianę warty, ja zostałem. Chciałem wytrwać do końca, być w pogotowiu jeżeli by się coś stało. Nocleg odbył się bez żadnych problemów. Pobudkę zarządziliśmy jeszcze przed świtem, aby się przygotować. Śniadanie przygotował Szlachcic Arnold, że był to kapuśniak, który robił wyśmienity. Ostatni posiłek z pod jego ręki. Zjedliśmy nie wiele, wszyscy byli przejęci bitwą. Po śniadaniu, wyruszyliśmy. Mieliśmy przedrzeć się przez las i zaatakować ich na przedpolach Weedmoru. Plan udał się w zasadzie do połowy, ponieważ dotarliśmy tylko do lasu. Tam znaleźliśmy ciała naszych 4 szpiegów. Wtedy dotarła do mnie wiadomość, że od tyłu najeżdża na nas wróg. Dobyłem swojego miecza, łucznicy przygotowali swoje strzały. Nie spodziewałem się liczności ich wojska. Było ich ok. 3000 kawalerii i 1500 piechoty. Mimo znakomitości naszego wojska, mieliśmy nikłe szanse. Wtem zauważyłem Księcia Weedmorskiego, Don Boryska. Był to zacny przeciwnik, który świetnie władał mieczem. Postanowiłem się osobiście nim zająć. Po kilku uderzeniach, zwaliłem do z konia a jeden z łuczników zakończył jego marny żywot strzałą. Walczyliśmy jeszcze długo. Kiedy słońce wzeszło na najwyższy punkt z mojej wspaniałej i licznej armii zostało ok. 300 ludzi. Przeciwników było jednak coraz więcej, albowiem ciągle dojeżdżały nowe grupy, po 200 osób każda. Zrozumiałem wtedy, że nie damy rady wygrać. Jednak nie poddawałem się, Ojciec nasz mawiał, że Ojczyzna jest najważniejsza i warto a nawet trzeba za nią oddać życie. Przypominałem sobie również o pięknej damie Vanessie, którą od lat darzyłem miłością. Mogłem jej więcej nie zobaczyć. Wtem zaślepił mnie blask słońca. Jedyne co zdążyłem usłyszeć to głos Markiza Mariana ”Waldemarze, uważaj!”. Na głowę zarzucono mi płachtę, zrzucili mnie z konia i związali. Tak samo pewnie schwytano Arnolda, Mariana i 50 innych, którzy uchowali życie. Potem się ocknąłem. Resztki naszej armii, która została pojmana, została wrzucona do wozu konnego, z żelaznymi prętami w oknach. Przejeżdżając przez Weedmor, słyszałem głosy ludzi że armia mojego Brata która walczyła na zachodzie pokonała 5000 wojowników wroga. Ta wiadomość mnie ucieszyła, że chociaż mojemu bratu udało się pokonać Weedmorczyków. Resztę drogi, która prowadziła nas do Królewskich lochów rozmawiałem z kompanami. Wszyscy byli przekonani, że to nasza ostatnia droga, a Królewski kat dokończy życie rannych rycerzy króla Henryka IV.

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 3 stycznia 2012 w Opowieść

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: