RSS

Archiwa miesięczne: Styczeń 2012

Cycowe opowieści – część III

Kolejna część „Cycowych Opowieści”.

Wojna z Weedmorczykami. Pół roku bitwy, siedem lat rozłąki.
Część III

Zaraz po przyjeździe do zamku, trafiliśmy do królewskich lochów. W każdej celi umieszczono po 10 wojowników, natomiast ja, Marian i Arnold dostaliśmy osobne cele. Noc mieliśmy spokojną, co chwilę przechodzili strażnicy Króla Władysława XII Weedmorskiego, rzegocąc kluczami. Nie mogłem zasnąć. Byłem zły na siebie, że zawiodłem swoje Królestwo, przegrywając bitwę z wrogiem. O świcie zabrali gdzieś 20 żołnierzy. Już nie wrócili. Widocznie ”czyścili” cele. Potem zabrali na przesłuchanie Mariana, następnie Arnolda i mnie. Chcieli się dowiedzieć o położeniu wojsk Markusa oraz o wszelkich informacjach dotyczących wojsk w Królestwie. O położeniu Markusa nie miałem bladego pojęcia – prawdopodobnie byli w drodze do Wurstlandii, aby w razie napadu wspomóc Henryka. Natomiast o wojskach na terenie Królestwa wiedziałem wszystko znakomicie, lecz nic nie mówiłem. Gdyby wiedzieli gdzie mamy rozmieszczone patrole przygraniczne, prawdopodobnie w przeciągu kilku dni ruszyli by z napadem na Wurstlandię. Ku mojemu zdziwieniu, nie byłem torturowany. Traktowano mnie poważnie, jak na Księcia przystało.
Gdy Król Władysław, który mnie osobiście przesłuchiwał zrozumiał, że nic ode mnie nie wyciągnie, kazał mnie odprowadzić do celi. Cały tydzień siedziałem w celi, zabrali potem na przesłuchania kilku żołnierzy, którzy na prawdę, nie wiedzieli nic. Żaden z nich nie wrócił. W lochach zostaliśmy nadal ja, Paździochowski, Boczkiewicz i 15 wojów.
Po tym tygodniu zaczęły się przesłuchania. Na początek wzięli Mariana. Prawdopodobnie chcieliby przekazał im informacje które zebrał na temat weedmorskich wojsk. Jednak nie miał ich przy sobie – na moje polecenie zostawiliśmy je w obozie, 3 metry pod ziemią, razem z jedzeniem i jakimiś cennymi rzeczami. Byliśmy przygotowani na wszystko – w razie klęski Ci, którzy wracali wzięliby to ze sobą. Ponieważ Marian nic im nie przekazał, skrócili go o głowę. Kiedy się o tym dowiedziałem nie mogłem się pozbierać. Cały czas myślałem o mojej Ukochanej, którą zostawiłem w Królestwie. Wtedy także co chwila przypominały mi się nasze przygody – moje i Paździochowskiego. Był to wspaniały człowiek. Potem na przesłuchania brali Arnolda. Z niego chcieli wyciągnąć jak najwięcej, torturowali go. Kiedy wracał do celi, ledwo trzymał się na nogach, był cały zakrwawiony i pobity. Zmarł po tygodniu, w wyniku obniesionych obrażeń. Wtedy byłem wściekły na tych, którzy doprowadzili do śmierci moich przyjaciół. Najchętniej zrobiłbym im to, co oni moim rodakom. Byłem jednak bez silny. Po 3 tygodniach nie woli zostało nas 16 osób. Nie których brali na roboty, czy to w stajni, czy to w ogrodach królewskich. Mnie nie ruszali. Siedziałem całymi dniami w ciemnej i zimnej celi. Rozmyślałem, tęskniłem za ojczyzną i Vanessą, zamartwiałem się czy Markus wrócił cały i zdrowy. Siedziałem tak jeszcze ze 3 dni, aż w końcu zabrali mnie stąd. Miałem pracować w ogrodach Króla. Tam dowiedziałem się od innych niewolników, że wojna między Weedmorem a Wurstlandią się zakończyła po 11 latach bitew. Dla mnie to już był 3 miesiąc po za granicami Ojczyzny. Postanowiłem uciec. Ogród Królewski był ogrodzony grubym kamiennym murem. Za nim – było miasto, tam toczyło się zwykłe życie. Dogadałem się razem z kompanami i postanowiliśmy zrobić podkop pod murem, a potem przejść nie zauważonym przez miasto. Ucieszył mnie fakt, że wieczorem trafiłem do jednej celi z żołnierzami. Tam dokładnie opracowaliśmy plan…

Reklamy
 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 10 stycznia 2012 w Opowieść

 

Cycowe opowieści – część II

Kolejna część Cycowych opowieści autorstwa Waldemara Vilandera.

Wojna z Weedmorczykami. Pół roku bitwy, siedem lat rozłąki.
Część II

Po długich obradach, które skończyły się późno w nocy, zarządziliśmy ciszę nocną i cały obóz położył się spać. Zaciągnęliśmy wartę, która trwała mniej-więcej po pół godziny. Aby nie być zaskoczonym, pilnowało po 10 wojów, na każdej z 4 stron świata. Ja razem z moimi kompanami, von Boczkiewiczem i von Paździochowskim byliśmy w pierwszej warcie, na zachodniej części obozu, czyli tej najbliżej Weedmoru. Od tego miasta dzieliło nas ok. 50 mil lasów i pól uprawnych. Wysłałem także 20 szpiegów, szło ich po 2 a rozmieszczeni byli co 5 mil. Mieli sobie przekazywać wiadomości jeden drugiemu, aż jeden z tych którzy byli najbliżej obozu, meldować nam wszystko, co zauważyli jego kompani. Noc była ciepła, a księżyc był w pełni. Nie potrzebowaliśmy pochodni, ponieważ blask księżyca rozświetlał wszystko tak dobrze. Kiedy przyszła kolej na zmianę warty, ja zostałem. Chciałem wytrwać do końca, być w pogotowiu jeżeli by się coś stało. Nocleg odbył się bez żadnych problemów. Pobudkę zarządziliśmy jeszcze przed świtem, aby się przygotować. Śniadanie przygotował Szlachcic Arnold, że był to kapuśniak, który robił wyśmienity. Ostatni posiłek z pod jego ręki. Zjedliśmy nie wiele, wszyscy byli przejęci bitwą. Po śniadaniu, wyruszyliśmy. Mieliśmy przedrzeć się przez las i zaatakować ich na przedpolach Weedmoru. Plan udał się w zasadzie do połowy, ponieważ dotarliśmy tylko do lasu. Tam znaleźliśmy ciała naszych 4 szpiegów. Wtedy dotarła do mnie wiadomość, że od tyłu najeżdża na nas wróg. Dobyłem swojego miecza, łucznicy przygotowali swoje strzały. Nie spodziewałem się liczności ich wojska. Było ich ok. 3000 kawalerii i 1500 piechoty. Mimo znakomitości naszego wojska, mieliśmy nikłe szanse. Wtem zauważyłem Księcia Weedmorskiego, Don Boryska. Był to zacny przeciwnik, który świetnie władał mieczem. Postanowiłem się osobiście nim zająć. Po kilku uderzeniach, zwaliłem do z konia a jeden z łuczników zakończył jego marny żywot strzałą. Walczyliśmy jeszcze długo. Kiedy słońce wzeszło na najwyższy punkt z mojej wspaniałej i licznej armii zostało ok. 300 ludzi. Przeciwników było jednak coraz więcej, albowiem ciągle dojeżdżały nowe grupy, po 200 osób każda. Zrozumiałem wtedy, że nie damy rady wygrać. Jednak nie poddawałem się, Ojciec nasz mawiał, że Ojczyzna jest najważniejsza i warto a nawet trzeba za nią oddać życie. Przypominałem sobie również o pięknej damie Vanessie, którą od lat darzyłem miłością. Mogłem jej więcej nie zobaczyć. Wtem zaślepił mnie blask słońca. Jedyne co zdążyłem usłyszeć to głos Markiza Mariana ”Waldemarze, uważaj!”. Na głowę zarzucono mi płachtę, zrzucili mnie z konia i związali. Tak samo pewnie schwytano Arnolda, Mariana i 50 innych, którzy uchowali życie. Potem się ocknąłem. Resztki naszej armii, która została pojmana, została wrzucona do wozu konnego, z żelaznymi prętami w oknach. Przejeżdżając przez Weedmor, słyszałem głosy ludzi że armia mojego Brata która walczyła na zachodzie pokonała 5000 wojowników wroga. Ta wiadomość mnie ucieszyła, że chociaż mojemu bratu udało się pokonać Weedmorczyków. Resztę drogi, która prowadziła nas do Królewskich lochów rozmawiałem z kompanami. Wszyscy byli przekonani, że to nasza ostatnia droga, a Królewski kat dokończy życie rannych rycerzy króla Henryka IV.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 3 stycznia 2012 w Opowieść

 

Cycowe opowieści – część I

Grillgerat Zeitung pragnie ogłosić, że otwarty zostaje nowy cykl artykułów – opowieści mieszkańców Królestwa Wurstlandii. Jako pierwsze wzięte pod lupę GZ zostają „Cycowe opowieści” autorstwa Waldemara Vilandera.

Wojna z Weedmorczykami. Pół roku bitwy, siedem lat rozłąki.
Część I

Wojna z Weedmorem trwała bardzo długo. Według przekazów ustnych nieżyjących już mieszkańców Królestwa, wojna zaczęła się 10 lat przed Wielką Bitwą która rozłączyła Braci Vilander na 7 lat. Kiedy to po śmierci naszego Ojca, Króla Wurstlandii Augustyna tron objął nasz wuj, Henryk IV losy wojny się zmieniły. Nowy władca, który bał się o swoje życie postanowił uderzyć w armie Weedmoru. Wysłał mnie i mojego brata na bitwę. Każdy z nas miał swój oddział, który liczył 2000 wojowników. Według rozkazu JKM Henryka IV, na 200 mil przed Weedmorem mieliśmy się rozdzielić, moja armia miała atakować od wschodu, podczas gdy Markus będzie atakował od zachodu. Co się działo z armią mojego Brata po rozłące nie wiem. W przeddzień bitwy, w której straciłem wielu ludzi, razem z Szlachcicem von Boczkiewiczem i Markizem Von Paździochowskim ustalaliśmy taktykę bitwy. Marian Janusz był świetnym strategiem, który znakomicie zaplanował atak. W tym dniu minął równo miesiąc, od kiedy rozstaliśmy się z naszymi rodzinami w Wurstlandii. Nie przypuszczałem, że przez 7 lat nie zobaczę swojego domu, Brata i przyjaciół…

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 1 stycznia 2012 w Opowieść